, , , , ,

Kinfire Delve

Wydawnictwo Portal zawaliło sprawę.

Czy to przez błąd jakiegoś przeciążonego pracą stażysty, czy może przez zawiść marketingowca, który pewnie i tak wolałby pracować w Galakcie, fakty są proste: choć Portal wydał trzy pudełka z serii Kinfire Delve, to do mnie trafiło tylko jedno. Nie obawiajcie się jednak czytelnicy! Macie do czynienia z rzetelnym recenzentem, który wziął sprawy we własne ręce i kupił dwa pozostałe pudełka, żeby nie zostawiać cię z jedną trzecią recenzji. Zacząłem wprawdzie już pisać pełny oburzenia telegram z takimi hasłami jak „skandal” i „chory stół”, ale stwierdziłem że Aleplanszówki załatwią sprawę szybciej…

Doceńcie więc moje poświęcenie czytając kompletną recenzję serii Kinfire Delve z wszystkimi jej częściami – Zagrodą Pogardy, Grotą PróżnościLaboratorium Bezdusznego.

Kinfire Delve jako system

Zacznijmy od podstaw – Kinfire Delve to seria kooperacyjnych gier karcianych dla 1-2 graczy (z możliwością rozszerzenia do 4 z kolejnym pudełkiem), w których bohaterowie przebijają się w dół tzw. studni, żeby pokonać znajdujących się na dnie bossów. Każda z trzech części jest samodzielną grą, zawierającą dwóch bohaterów i trzy wersje jednego bossa, oraz talię studni i wszystkie inne wymagane komponenty. Jeśli posiadamy więcej pudełek, to możemy dowolnie mieszać bohaterów i wysyłać ich przeciwko różnym złolom. Ogólne zasady gry są takie same dla wszystkich wersji – zmienia się to, co jest na kartach. 

Rozgrywka nie powinna zająć zbyt wiele czasu, powinniście zmieścić się w godzinie z rozstawieniem, złożeniem i przerwą na toaletę, a myślę że nawet parę minut wam jeszcze zostanie. 

A wygląda następująco: 

  1. Wybieracie wersję i bierzecie z niej karty bossa, karty studni i karty wyczerpania. Następnie dobieracie sobie bohaterów z dowolnych pudełek i bierzecie ich komponenty, a na koniec szykujecie sobie zestaw kości i żetonów. Przetasowujecie wszystkie talie, losujecie z którą wersją bossa się zmierzycie i wystawiacie cztery karty z talii studni na stół. Dobieracie karty z talii graczy i jesteście gotowi do gry.
  2. Na zmianę wykonujecie tury, podczas których podejmujecie różne wyzwania. Są to karty z talii studni, z których większość jest oznaczonych jednym z trzech kolorów i ma jakąś swoją trudność. W swojej turze gracz wybiera kartę z ręki pasującą kolorem do wyzwania i pozostali gracze mogą dołożyć mu swoje karty aby wzmocnić jego starania. Wtedy następuje rzut kostkami i sprawdzamy, czy suma siły karty, wzmocnień i rzutu wystarczy żeby osiągnąć trudność wyzwania. Jeśli tak, to gracz otrzymuje nagrodę, odkłada wyzwanie na bok i dociąga nowe z talii. Jak nie to dostaje karę, a na karcie lądują znaczniki o wartości równej wcześniej uzbieranej sumie i przy następnym podejściu wyzwanie będzie o tyle łatwiejsze.
  3. Jak talia studni się wyczerpie, to znaczy, że gracze dotarli do bossa. Wtedy odwraca się jego kartę (i dowiaduje, z którą wersją walczymy), a wyzwania studni zastępuje specjalnymi wyzwaniami bossa. Boss jest na początku nietykalnym wyzwaniem i trzeba dopiero odblokować jego słabości. Pokonanie bossa kończy grę.

U mnie to wychodzi zazwyczaj jakieś 5-10 min. na przygotowanie rozgrywki, 20-30 min. na przebijanie się przez studnię i 5-10 min. na bossa. No i na koniec minuta na spakowanie wszystkiego do pudełka.

Kinfire jako coś innego

Kinfire Delve wyróżnia się kilkoma elementami. 

Po pierwsze – wykonanie. Gra, w mojej opinii, wygląda niesamowicie. Może i karty ze złoceniami to nie jest nic nowego, ale tutaj pasują znakomicie. Grafiki na kartach też do mnie przemawiają – są pełne dynamizmu i tajemniczości. Do tego grube żetoniki, ładne pudełka, solidna instrukcja i czytelne kostki. E-le-gan-cko.

Po drugie – regrywalność. Schodząc do studni nie walczymy z każdym jednym wyzwaniem. Często jako „nagrodę” odrzucamy kilka kart bez patrzenia, więc za jednym podejściem nierzadko zobaczymy tylko czwartą, może trzecią część kart. Do tego dołóżmy podmianki bohaterów, trzy wersje bossa i dodatkowe wyzwania z instrukcji i nagle w małą karcianeczkę można grać i grać, i grać.

Po trzecie – prostota i głębia. Kinfire Delve jest oparte na kilku prostych, dobrze działających systemach, a jednak daje satysfakcję z gry i odkrywania nowych rzeczy. Wytłumaczenie zasad nowemu graczowi to chwila, tury lecą momentalnie, a jednak wygrać nie jest wcale tak łatwo. Mamy wspólną pulę życia, która zazwyczaj tylko się wyczerpuje, rzadko wraca do góry. Do tego zawsze, gdy skończą nam się karty w ręce, to musimy dobrać kartę wyczerpania, a na nich mogą być zarówno kolejne trudności, jak i po prostu dodatkowe warunki porażki! Jak ktoś próbuje grać zbyt ostrożnie, to wyczerpanie go wykończy, a z drugiej strony niepotrzebna brawura może przysporzyć wielu kar. Do tego cały czas się zastanawiamy, których kart użyć jako akcji, których jako wspierających, w jakiej kolejności podejmować wyzwania, jaką nagrodę wygrać itp. itd.

Kinfire jako prawie ideał

Nie powiedziałbym, że Kinfire Delve ma wady, bardziej takie… braki? Niedogodności?

Przede wszystkim, najlepiej mieć po prostu wszystkie trzy pudełka. Jasne, dla niektórych to zaleta, że mogą najpierw sprawdzić, a potem dokupić resztę, ale jak już ma się wszystkie, to jest trochę niewygodnie. Nie potrzebuję trzech zestawów kostek i żetonów. oraz wolałbym mieć jedno, większe pudło, w którym trzymałbym osobno bohaterów, a osobno studnie i bossów. Z drugiej strony, żeby tylko mieć takie problemy.

Są jednak też inne. Brakuje mi trochę fabuły. Świat Kinfire wygląda mi na dosyć ciekawy przykład takiego mroczniejszego fantasy, ale te kilka akapitów na początku instrukcji i mikro-proza na kartach to jednak ciut za mało. Niektóre wyzwania są też dosyć… abstrakcyjne i niełatwo się domyślić jak tak właściwie nasi bohaterowie je pokonują. Myślę, że wystarczyłoby mi, gdyby po prostu dodali jeszcze kilka zdań opisu bohaterów, ale nie pogardziłbym też dłuższym wstępem o każdym bossie.

No i na koniec, tłumaczenie. Wiemy, wydawnictwo Portal trochę z tego słynie; i tak w tym przypadku jest lepiej, niż bywało kiedyś. Głównie brakuje mi tzw. lokalizacji – niektóre rzeczy przetłumaczone są bardzo dosłownie, brakuje mi w nich finezji. No i jakaś literówka też się znajdzie, ale przynajmniej zasady są dopieszczone.

Podsumowanie

Kinfire Delve to pierwsza gra (seria), którą z tego roku, którą recenzuję i jeśli poziom się utrzyma, to będzie to naprawdę dobry rok. Najwyższej oceny jej nie dam, ale fakt, że dokupiłem dwa pudełka, jest wystarczającą reklamą – gra ewidentnie stworzona dla mnie i polecam ją każdemu fanowi szybkiej kooperacji, walki z potworami i przemyślanych mechanik.

Plusy:

  • proste zasady i wyjątkowo sprawna rozgrywka
  • potężna regrywalność (przy trzech pudełkach)
  • zaskakująca głębia
  • świetne wykonanie

Minusy:

  • moim zdaniem najlepiej mieć komplet
  • brakuje mi „big boxa”
  • ciut za mało fabuły

Dziękujemy wydawnictwu Portal Games za przekazanie 1/3 gry do recenzji.

Planszeo

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Nowości w sklepie
Przejdź do sklepu:
Najnowsze posty
Szukaj