
Ten tekst będzie wbrew temu, o czym powinien pisać recenzent planszówkowy, bo przecież w moim interesie powinno być nakręcanie hobby i nakręcanie sprzedaży w branży, prawda? Dziś zrobię na opak – popłynę tym influencerskim kajakiem pod prąd. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie.
Pamiętam czasy, kiedy śledzenie premier było ekscytujące. Każda nowa gra była wielkim wydarzeniem, była czymś ważnym. Nowe tytuły pojawiały się raz na jakiś czas. Było na co czekać, o czym rozmawiać.
Dziś (i to się dzieje od kilku dobrych lat) mamy kilkadziesiąt premier w miesiącu, a „najlepsza gra roku” (według całej rzeszy recenzentów) wychodzi raz w tygodniu. Nowe gry wychodzą szybciej, niż jesteśmy w stanie je poznać. Co chwilę dostajemy kolejne zapowiedzi, nowe kampanie crowdfundingowe, topki „najbardziej wyczekiwanych gier tygodnia/miesiąca/roku”… I właśnie dlatego coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie warto być na bieżąco z premierami.
I tak nie będziesz na bieżąco
Zacznijmy od tego, że nie jest to już możliwe, a przynajmniej jest to bardzo trudne. Nie dlatego, że jesteśmy mniej zaangażowani. Po prostu rynek urósł do takich rozmiarów. Nawet osoby, które na co dzień zajmują się grami planszowymi, mają z tym olbrzymi problem i nikt nie jest w stanie ograć każdej nowej gry wydanej przez, chociażby te kilka największych wydawnictw. Jednak najważniejsze jest to, że szkoda na to czasu.
Nowości oszukują
Nowe gry dostają coś, czego nie mają już starsze tytuły. Uwagę. I to z wielu kierunków.
Internet żyje nowościami. Algorytmy wspierają nowości. Wydawcy promują nowości. Influencerzy mówią o nowościach.
Co kończy się na tym, że mylimy świeżość z jakością.
Gra jest wszędzie, więc wydaje się dobra. Jednak nie zawsze – a nawet bardzo często tak nie jest. Większość tych gier, które „musisz mieć na półce” znika z dyskusji równie szybko, jak się pojawiła. A dobre gry z nami zostaną. Bo będą dobre za miesiąc, rok, czy pięć.
Warto poczekać
Najlepsze gry nie znikają z rynku. Owszem, mogą się wyprzedzać w pierwszym druku, ale na pewno wrócą w dodruku. Tak, będziesz musiał na niego trochę poczekać, ale nic nie robi tak dobrze na ostudzenie emocji, jak czas.
Im więcej śledzisz, tym więcej gier wydaje ci się „konieczna do zakupu”. Każda zapowiedzieć wygląda interesująco. Każda kampania crowdfundingowa wspiera wyjątkową grę. Każdy dodatek jest niezbędny. Prawda jest taka, że większość z tych pudełek nie zmieni ani naszego życia, ani naszego hobby (w większość i tak nie zagramy). Zmieni jednak stan naszego konta.
Lubię wracać tam, gdzie byłem już
Od pewnego czasu coraz mniej interesuje mnie to, co ukaże się w najbliższych dniach.
Znacznie częściej zacząłem planować jak w gąszczu premier i gier do recenzji, zmieścić tytuły, które mam już na półce. Te, które bardzo lubię lub te, których jeszcze dobrze nie odkryłem.
Wracam do ulubionych tytułów. Nie muszę uczyć się zasad od nowa (to tylko małe przypomnienie). Co ważne – nie muszę mojej grupie tłumaczyć zasad, bo wszyscy je znają lub przypominają sobie w moment. Okazuje się, że zamiast jednej nowości, w jeden wieczór zmieścimy 2-3 partie gry, którą dobrze znamy.
Bawię się lepiej niż wtedy, gdy desperacko próbowałem być na bieżąco.
Premiery są ważne
Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę, że nowości są niepotrzebne i należy je ignorować. Nowe gry są bardzo ważne. To one rozwijają hobby, pozwalają odkrywać nowe doświadczenia. Pozwalają wydawcom zarabiać, co utrzymuje nasze hobby na wodzie. I co jakiś czas trafi się perełka, którą warto mieć na półce.
Mam jednak wrażenie, że wielu graczy pomyliło śledzenie planszówek z graniem w planszówki. A największym luksusem współczesnego planszówkarza nie jest kupienie kolejnej nowości. Największym luksusem jest znalezienie czasu na naprawdę dobrą grę.
Grajcie, nie traćcie czasu słuchanie ludzi, którzy myślą, że znają się na grach…


Założyciel bloga. Z grami planszowymi związany od 2014 roku. Wielki fan gier z klimatem, ale nie pożałuje również czasu na porządne euro. Przed planszówkami jego największą pasją były gry fabularne, z którymi związany był praktycznie od dziecka. Lubi uzasadnioną losowość — gry planszowe mają sprawiać mu przyjemność, a nie wrażenie nadgodzin z Excelem w roli głównej. Czemu „angry” chcielibyście zapytać? Ano, raczej nie szczędzi języka, gdy trzeba. Chociaż i tak ostatnio trochę złagodniał. „Pisze jak jest”. Jeżeli coś mu się nie podoba, to nie boi się o tym mówić.











